poniedziałek, 30 maja 2016



Rozdział V

Staliśmy teraz w ogromnej Sali treningowej, gdzie znajdowały się maty, tarcze, noże i wiele innych przydatnych rzeczy do ćwiczeń „superbohaterów”. Jednak naszą uwagę bardziej niż samo pomieszczenie przyciągały osoby znajdujące się w nim. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn, w obcisłym szarym t-shircie i szarych dresach stał z założonymi na piersiach rękoma i przyglądał nam się uważnie. Obok niego trochę niższa, ruda kobieta, w czarnym stroju i przykuwających uwagę umięśnionych nogach patrzyła na nas bez cienia jakichkolwiek emocji na twarzy. Trzecią był już poznany przez nasz szef, Nick Fury.
- Moim drodzy mutanci- zaczął Fury a ja poczułam jak krew zawrzała we mnie. Nie lubiłam, gdy ktoś w ten sposób się do mnie zwracał…- chciałbym przedstawić Wam Kapitana Steva Rogersa oraz agentkę Natashe Romanoff, stanowią oni główny człon Naszego Zarządu. Chciałbym, byście zaprezentowali Nam swoje umiejętności.
- A co, w cyrku już wszystkie miejsca wykupili?- wycedził przez zaciśnięte zęby Fenix, a gniew zalała jego twarz.
- Spokojnie- położyłam rękę na jego ramieniu- Pokażmy tym zapyziałym bohaterom na co, nas stać. Pamiętaj! Bądź dumnym mutantem.- Gdy to powiedziałam dreszcz przeszedł przez moje plecy. Zabrzmiały to bardziej nienawistnie, niż mogłam przypuszczać…

Bera i John stali teraz z groźnymi minami, chociaż widziałam w oczach przyjaciółki znany mi błysk. Błysk, który zdradzał, że kolana jej miękną na widok młodego, blond staruszka.
- Dobra, plan jest taki, robimy pokaz…- opowiedziałam swój plan reszcie.
-  A więc dzieciaczki, możemy zaczynać ? Nie mamy całego dnia- szydzącym i zimnym tonem powiedziała Romanoff. Berenika na te słowa wysunęła się trochę do przodu i zdjęła okulary.
- Agentko czy nie boisz się chodzić tak wyposażona w czasie burzy?- Berenika uśmiechnęła się zalotnie- z taka ilością noży i beretta 92 za pasem możesz być istnym piorunochronem dla budynku…
- Skąd wiesz co mam pod kostiumem?
- Bo to widzę agentko…- uśmiech zadowolonej z siebie Bereniki wyrażał więcej niż tysiąc słów- za to Pan Kapitanie jest całkowicie bezbronny, tak pewnie czujesz się w naszym towarzystwie?- Rogers spojrzał tylko pytająco na Furego. Ten jednak milczał. 

Przyszła kolej na naszą trójkę. Fenix mając na twarzy swój zabójczy uśmiechem, przeszedł na środek sali, zacisnął pięści i wybuchł jak wulkan w czasie erozji. Stał teraz cały w płomieniach, które nie robiły mu żadnej krzywdy. W tym czasie Jonathan przeszedł na drugi koniec pomieszczenia i czekał na nasz znak. Wyciągnęłam rękę przed siebie i momentalnie poczułam ciepło płomienia Fenixa, gestem dłoni zaczęłam przywoływać ogień do siebie, a ten niczym wąż wił się w moją stronę. Owinął się wokół mojej reki, drugą dłonią zaczęłam nakreślać nad nim koła tworząc ognistą kulę. Trzymając ją teraz już w obu dłoniach cisnęłam ją w stronę Johna, a on w jednej krótkiej chwili zmienił strukturę swojego ciała w najtwardszy z możliwych kamieni. Ogień po tym zderzeniu rozpierzchł się we wszelkie możliwe kierunki.
Podeszłam do stojącego, żelaznego słupa podtrzymującego konstrukcję dachu, chwyciłam go oburącz i  z zamkniętymi oczyma tak chwilę trwałam.
- Kapitanie Rogers- oderwałam ręce od słupa i spojrzałam na blondyna- jakie sztuki walki preferuję Pan? Wskazałam ręką ring zapraszając go jednocześnie do sparingu. Rogers miał minę jakby patrzył właśnie na szaloną nastolatkę, która nie wie na co się porywa. Wiedziałam, że mój plan może się nie udać i, że całe wyzwanie pójdzie na marne, jednak nie dałam tego po sobie poznać.
- Nie sądzę, by był to dobry pomysł…
- Nawojka, Nawojka Nowak miło mi poznać. Jednak nalegam na sparing, proszę się nie martwić jestem trenowana od 9 roku życia. – Rogers niechętnie, jednak ruszył w stronę ringu. Przybrał pozę jak do judo, co niezmiernie mnie ucieszyło. Zaatakowałam pierwsza wysuwając kopnięcie z lewej nogi, jednak mężczyzna bez problemu uniknął ciosu. Przez chwilę trwała między nami potyczka cios- blok, wiedziałam jednak, że pora na finał. Podczas gdy zadał jeden z ciosów odsunęłam blokującą rękę, obrywając w twarz. Jednak ja, mimo oczekiwań wszystkich, a na pewno Rogersa nie wylądowałam na macie. Na mojej twarzy nie malował się żaden ślad silnego ciosu Kapitana, jego twarz wyrażała ogromne zdziwienie, na które czekałam i które rzecz jasna wykorzystałam. Wysunęłam silny, lewy sierpowy wprost w skroń Steva. Na nieszczęście dla siebie samego zbyt późno spostrzegł mój zamiar i oderwawszy się od ziemi przeleciał przez całą długość ringu, wylatując daleko po za niego.
- Ale jak, jak to zrobiłaś- podnosząc się z ogromnym zdziwieniem z podłogi, Rogers, sam nie dowierzał w to, co właśnie zaszło.
- Żelazo Kapitanie, żelazo- spuentowałam ciepłym i szerokim uśmiechem. Słyszałam tylko ryk radości za swoimi plecami. Moi przyjaciele śmiali się niemal zgięci w pół. Avengersi spojrzeli tylko na słup i na siebie. Fury nagle również się roześmiał i zaczął klaskać.
- No nieźli jesteście młodzi. Tarcza stoi dla was otworem jeśli już skończycie edukacje.
Steve podszedł do mnie wyciągając rękę- Gratuluję, to była dobra walka i uśmiechnął się tak słodko, że miałam wręcz pewność, iż stojąca za mną Bera rozpada się na tysiące kawałków.
- Dziękuję Kapitanie, chociaż wiem, że walczył Pan ze mną ostrożnie i nie okazywał wobec mnie swojej całej siły. Przepraszam za to posunięcie.
- Jeszcze się odegram- Steve wyglądał teraz na całkiem spoko gościa, z którym można pójść nawet na piwo.
- No to teraz nasz kwiat młodzieży może udać się do swoich pokoi by odpocząć. 

Nikt jednak nie wyglądał na specjalnie zmęczonego. Nikt prócz Fenixa. Ostatnio zauważyłam, że często miewa stany przypływu zmęczenia. Moja moc za to wzrastała praktycznie z każdym dniem, stawałam się coraz silniejsza i potrafiłam sprawniej panować nad żywiołami niż kiedykolwiek, a w szczególności poprawiła się moje władanie ogniem. Kiedyś moim asem w rękawie była ziemia i to z nią najlepiej sobie radziłam. Jednak od pewnego czasu ten prym przejmował ogień. Zauważyłam nawet, że po naszych bliższych kontaktach jak np. całowanie ja wydawałam się bardziej naładowana energią niż Fenix. Nie mówiąc już po tym jak czułam się po seksie… Mimo, że nie było zbyt wiele okazji w szkole na wywalczenie sobie tak intymnego czasu wykorzystywaliśmy okazje, w których mieliśmy na parę godzin wolny pokój. Takich okazji  było niewiele, ale zdarzały się. Po każdym takim naszym „razie” czułam jakby mnie ktoś podłączył do akumulatora, byłam naładowana energią, cholernie dobrą energią. Za to Fenix był totalnie wykończony. Wtedy myślałam, że tak po prostu mają faceci, zupełnie inaczej zachowują się po orgazmie niż kobiety. W sumie nie miałam, z kim tego przegadać. Berenika nie miała nigdy jeszcze chłopaka, a z mamą przez skaepa było mi dość niezręcznie rozmawiać. Dopiero teraz to wszystko zaczęło wydawać mi się bardzo dziwne. Ja rosłam w siłę, Fenix wręcz przeciwnie.
Każdy z nas dostał swój pokój, jednak tak martwiłam się o samopoczucie Fenixa, że nie w Glowie były mi  harce. Weszliśmy razem do jego pokoju.
- Musimy porozmawiać- zaczęłam całkiem poważnie
- Chcesz się mną zaopiekować siostro ?- Fenix mimo, że czuł się fatalnie próbował to zatuszować.
- Właśnie o tym musimy porozmawiać….

piątek, 27 maja 2016



Rozdział  IV

Listopad, 2007 rok

Zawsze lubiłam lekcję ze Storm, była z niej spoko babka. Nie czepiała się, umiała wytłumaczyć i doradzić. Jednak lekcja w tym dniu nie było tak spokojna jak zwykle. Jej idealną harmonię zakłóciła syrena alarmowa, która zawyła złowrogo. Z początku sądziliśmy, że były to pewnie ćwiczenia, jednak gdy  na korytarzu zobaczyłam kroczącego w naszą stronę Logana, który miał nietęgą minę wiedziałam już, że nie jest za dobrze.
- Zabieram Nawojkę, Berenice, Bruca i Jonathana ze sobą, resztę weź Ty i zabierz w to miejsce- Logan podał Storm kartkę,  na której zapewne był jakiś adres.
- Co się dzieję i dokąd jedziemy?- Berenica nerwowo spoglądała na Logana
- Wyjaśnię wam w drodze! – zeszliśmy do podziemnego garażu. Logan ściskał w ręku kluczyki od maserati, tak, tego samego maserati…
- Cyclops Cię zabiję!- Logan tylko spojrzał na mnie i przez chwilę jego poważna miła rozchmurzyła się wyrażając jedynie „ proszę! Mnie?”
Obraliśmy kierunek na Nowy Jork, po 15 minutach ciszy nie wytrzymałam już- No powiedz nam w końcu co się dzieję!
Logan chwilę marszczył gęste brwi, ale w końcu zaczął- Magneto porwał jedną z naszych agentek- Rose, ma ona zdolność odbierania mocy innym mutantom i wzmacniania prawie dziesięciokrotnie. Podejrzewamy, że chce ją wykorzystać do zasilenia broni dalekiego rażenia…
-Więc dokąd my jedziemy !?- zerwała się Fenix- musimy walczyć!
- Nie gorączkuj się tak, Profesor Xavier kazał Was ukryć, musicie być bezpieczni, jesteście przyszłością x-menów a po za tym nie jesteście jeszcze gotowi.- Widziałam jak twarz Fenixa robi się coraz bardziej rozpalona, bałam się, że zaraz wywoła niekontrolowany pożar. Gdy chwyciłam go za rękę jego obliczę nieco zelżało.
- Dokąd nas zabierasz?
- Do starego przyjaciela profesora, tam będziecie bezpieczni.
- Czyli dokąd?- dopytywała coraz bardziej spanikowana Berenika
- Do siedziby TARCZY…


Stanęliśmy w holu budynku, który mogę opisać dwoma słowami: wszechobecny marmur i szkło. No dobra to więcej niż dwa słowa, ale inaczej nie umiem tego opisać. To był zupełnie inny budynek niż nasza szkoła, nowoczesny, przestronny, wręcz aż agrofobiczny. Logan podszedł do zgrabnej blondynki zasiadającej w recepcji, a ta uśmiechnęła się podnosząc słuchawkę i dając znać, że przybyliśmy. Nie wiedziałam czego możemy się spodziewać, mimo to wewnętrznie czułam ogromne podekscytowanie. Miałam zupełnie inne odczucia niż moi przyjaciele, Berenika bała się jak daleko może jeszcze posunąć się Magneto . Fenix był wściekły, że traktują nas jak be dzieci, a John… John jak zawsze nie nic wiedział i nie ogarniał sytuacji.
Po chwili podeszła do nas inna, ładna i zgrabna młoda kobieta, by zaprowadzić nas w odpowiednie miejsce.
- Bera, spójrz, tu chyba tworzą klony samych fajnych i zgrabnych lasek- Przyjaciółka jednak nie podłapała żartu i tylko blado się uśmiechnęła. Weszliśmy do przeszklonej Sali gdzie czekał na nas czarnoskóry mężczyzna w długim czarnym płaszczu i z przepaską na oczach.
- Witaj Nick- chłodno rzucił Wolverine
- Logan- kiwnął głowa z równie poważną miną
- Profesor dziękuję Ci za pomoc, nie wiemy jak długo potrwa ta sytuacja, mam nadzieję, że nasi uczniowie nie przysporzą Ci kłopotów.
- Kłopoty to nasza specjalność- tym razem nowo poznany mężczyzna zażartował z lekką ironią w głosie.
- Uważajcie na siebie dzieciaki, ja muszę już jechać, potrzebują mnie…
- Logan Ty, też uważaj na siebie- powiedziałam rozmiękczonym już głosem rzucając się na szyję przyjaciela i mocno go ściskając.
- Mała to nie o mnie się powinnaś bać, tylko o to co zostanie z tych złych- Logan puścił mnie i szybko ruszył w kierunku wyjścia.
- A więc witam w skromnych progach Tarczy, jestem dyrektorem tej placówki i nazywam się Nicholas Fury. Nie martwcie się o swoich towarzyszy, na pewno świetnie sobie poradzą. A teraz jeśli pozwolicie oprowadzimy was po miejscach, które przez najbliższy czas staną się waszym domem.
- Nawet Pan nie zapytał jak mamy na imię- odezwała się w końcu Berenika.
- Ależ droga Berenico Dmitriuk to nie będzie konieczne, znam każdego z was. Nie pozwolił bym przebywać tutaj ludziom o których nic nie wiem. Poznajcie agentkę Susan, pokaże Wam wasze pokoje i oprowadzi.
-A co z naszymi rzeczami? Nie mamy przy sobie dosłownie nic- w końcu odezwał się John.
- Nie martwcie się, dotrą do was wieczorem- przekazałam nam z pięknym uśmiechem na ustach przemiła agentka Susan, a ja ani trochę nie zachodziłam w głowę, skąd oni do cholery mogą wiedzieć które są moje rzeczy i co mi spakować. Miałam tylko głęboką nadzieję, że zabiorą mojego laptopa, bo wieczorem jak co dzień pewnie zadzwoni mama, a jeśli kilka dni z rzędu nie odbiorę będzie dość mocno spanikowana.



Rozdział III

Nawojka mimo, iż na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie spokojnej i wycofanej była typem buntowniczki i strasznego roztrzepańca. By nikt nie miał wątpliwości, że tak właśnie jest, zaczęła uwydatniać tą ekspresję. Początkowo niewinnie, ścięła czarne włosy, wygalając boki a zostawiając dłuższy środek, tak by mogła go nastroszyć w wszelkie możliwe strony. Później przeszła etap piercingu, przekuwając sobie przegrodę nosową. Ostatnio jednak poszła o krok dalej. Między piersiami pojawił się bardzo delikatny, średniej wielkości tatuaż. Dopiero co nabyta świeżynka, prezent od rodziców na 17 urodziny. Mimo, iż ojciec nie chciał się początkowo zgodzić, matka Nawki przekonała go, że za rok zrobi sobie go już sama bo będzie pełnoletnia. Był to czarno-biały bukiet złożony z polskich kwiatów: chaber, fiołek polny, mak, jaskier i koniczyna łąkowa. Ta kompozycja miała zawsze jej przypominać kim jest i skąd pochodzi.
Jej styl ubierania nie był jednoznaczny i często wynikał z tego jaki miała humor danego dnia. Niekiedy była punkową dziewczyną w podartych jeansach i glanach, niekiedy Hipiską w długich kolorowych sukniach, a niekiedy po prostu zwykłą nastolatką w przedartych trampkach i bluzie z kapturem.
Mimo tego, że wydawała się bardzo pewna siebie, to podobnie jak ludzie w jej wieku cały czas poszukiwała i odkrywała własne ja. Od jakiegoś czasu zaczęła palić papierosy, cienkie, mentolowe malboro i co najgorsze, spodobało jej się to. Paliła kiedy czuła się szczęśliwa i wtedy kiedy miała gorszy dzień. Oczywiście musiała być z tym całkiem ostrożna, bo w szkole nie tolerowana tego typu zachowań, a na pewno nie przed ukończeniem pełnoletności.

###
Kiedy wróciliśmy do szkoły, która była naszym obecnym domem, dochodziła 21.00.
- Jestem wykończona, nie myślałam, że tak długo nam zejdzie ten cały wyjazd- wzdychnęła Berenika ledwo co doczłapując się do drzwi.
- Tylko się jutro nie spóźnijcie- rzucił Cyclops z tym swoim ironicznym i parszywym uśmieszkiem. Nie cierpię gdy tak robi….
- Jestem potwornie głodny, chodźmy coś zjeść- rzucił Fenix, najlepszą propozycję jaką mogłam teraz usłyszeć. Tak więc udaliśmy się do kuchni by przeszperać zawartość  lodówki. Postanowiłyśmy z Berą zrobić kanapki dla nas wszystkich. Gdy zawartość talerza zniknęła w mgnieniu oka zobaczyłam snującego się po salonie Logana. Obiecałam mu, że pogadamy.
- Nie wiem jak wy, ale ja zbieram się do spania- Berenika wstała z krzesła i  ruszyła w stronę pokoju, który dzieliła wspólnie ze mną.
- Chcesz jeszcze coś porobić, obejrzymy jakiś film czy coś?- zagadnął Fenix, a w jego głosie słychać było przekonywujący mnie do tego pomysłu ton. Ja jednak miałam już inne plany.
- Wiesz, obiecałam Loganowi, że z nim spędzę trochę czasu, dawno go nie widziałam…
- Ok, spoko rozumiem- uśmiechnął się zrezygnowany Fenix. Podszedł do mnie i czule mnie pocałował. –Twoja strata mała- rzucił frywolnie i wraz z Johnathanem oddalili się do swojego pokoju.

Weszłam do salonu gdzie rosomak siedział rozwalony na kanapie. W dresach i podkoszulce wyglądał bardziej jak typowy facet niż jak super bohater. No dobra może nie typowy facet, bo był mega męski i przystojny. Do tego ostry, hardy charakter, cięte riposty, doskonale potrafił walczyć- mmm mieszanka idealna. Nie rozumiałam dlaczego Jean wybrała Cyclopsa...
- Idziemy się przejść?- zapytałam radośnie- a Logan wstał potakując głową. Wyszliśmy do ogrodu przy szkole. Logan wyciągnął Cygaro i odpalił je od zapalniczki. Ja również czując ogromny głód nikotynowy wyciągnęłam papierosa prosząc o ogień. Logan rozszerzył się oczy i gniewnie zmarszczył czoło.
- No co Tobie wolno, a mi nie?- zapytałam ze śmiechem wyprzedzając pytanie, które wyczytałam z jego twarzy.
- Tak Mała, tyle,  że ja nie mogę umrzeć na raka płuc, bo moje komórki zbyt szybko się regenerują, a z tego co mi wiadomo Twoje nie.
- Będąc x-menem Coś może zabić mnie każdego dnia misji, a ja mam się przejmować czymś co może zapić mnie za kilkanaście lat?- Logan tylko spojrzał na mnie badawczo i przesunął wzrok na mój wycięty dekolt- Masz tatuaż? Pokaż!- Uniosłam wysoko brew rzucając mu rozbawione spojrzenie.- Logan, ale ja mam chłopaka- roześmiałam się widząc jego podirytowaną minę. – Dobra, dobra zobacz- Uchyliłam lekko w dół dekolt koszulki ukazując całość tatuażu. Nie krępowało mnie to, bo wiedziała, że Wolverine traktuję mnie jak młodszą siostrę.
- Zmieniasz się Nano, mam nadzieję, że te zmiany podążają w dobrym kierunku- Spojrzał na mnie badawczo.
- Wiesz, biorę przykład z takiego jednego ze szponami w rękach, jest strasznym buntownikiem, ale zazwyczaj dobrze na tym wychodzi- oboje roześmialiśmy się.
- Odnalazłeś to, po co wyruszyłeś?- zmieniłam temat gasząc papierosa.
- Tak sądzę, chociaż nie wszystko dla mnie jest jeszcze jasne, dręczą mnie nadal pewne… demony,  demony przeszłości…



Następnego dnia zajęcia zaczynaliśmy od lekcji z profesorem Xawierem, z zarządzania kryzysowego i działalności politycznej. Ledwo zwlekłam się z łóżka, spałam tylko 4 godziny, przegadałam z Loganem pół nocy. Mimo, że miałam przyjaciół, których bardzo kochałam i ceniłam, z Loganem rozmawiałam w inny sposób. Zawsze czułam, że jestem do niego podobna, nie umiałam tylko wytłumaczyć sobie pod jakim względem. 
Tematem jaki mieliśmy poruszać na lekcji, były minione wydarzenia w Nowym Jorku, dotyczące ataku przeprowadzonego przez armię z kosmosu. Ostatnio  wątek Avengersów przejawiał się często w mojej głowie, wtedy jeszcze nie myślałam jak zmieni to moje życie…
Oglądaliśmy relacje z ataku, która miała rozpocząć dyskusję, tak najczęściej wyglądały zajęcia z Profesorem. Miały one kształtować w nas obiektywizm i wyrabiać trzeźwy osąd wydarzeń. Kiedy rozgorzała wymiana zdań, nie wiem skąd wypaliłam- A gdzie wtedy byli X-meni? Profesor uniósł jedną brew, ale nie był zaskoczony pytaniem, jakby spodziewał się, że może ono kiedyś paść.
- Sądzisz, że powinniśmy wtedy tam być?- zapytał, wciągając mnie jednocześnie do podjęcia tematu.
- Sądzę, że powinniśmy być tam, gdzie dzieje się źle, bo chyba na tym polega nasza praca…
- A czy pamiętasz kto był wtedy w Tokio, gdy pewna grupa terrorystyczna złożona z mutantów próbowała wcielić w życie swój destrukcyjny plan?
- Tak, wiem, że nasi agenci się tym zajmowali, ale odnoszę wrażenie, że my podejmujemy tylko walkę z innymi, tymi złymi mutantami. Jeśli chodzi o inne zagrożenia pozostawiamy to, jakby już nas nie dotyczyło…
- Nie chodzi o to, że to nas nie dotyczy Nawojko. Chodzi o to, że każda z takich grup „specjalnych” ma swój przydział obowiązków do wykonania i staramy się je wykonywać  i nie wchodzić sobie w drogę. Zagrożenia w dzisiejszym Świecie są różne i nie ma podziału na te mniej lub bardziej ważne.
- Odnoszę jednak wrażenie, że różnimy się tym, że oni się ujawnili i działają publicznie, my się ukrywamy, jakbyśmy… jakbyśmy nie byli warci tego, by nas szanować.
- Myślę, że ujawnienie się bardziej niż z szacunkiem wiąże się z popularnością, która w przypadku walki ze złem nie jest czymś korzystnym. Nawojko wiesz o tym, że gdy skończy się naukę w naszej szkole można wybrać drogę życiową jaką się tylko chcę. Część z absolwentów dołącza do x-menów, jednak dołączenie do innych organizacji zwalczających sytuacje kryzysowe jak np. Avengers nie jest zdradą.
Nie odpowiedziałam nic, kiwnęłam tylko twierdząco głową, a jedna myśl nie dawała mi już od tej chwili spokoju… Avengers…
***
Rozkręcam się, powoli mi to idzie bo brakuję mi czasu by pisać wtedy kiedy mam akurat napływ weny, a kiedy już mogę usiąść do kompa to wena odchodzi... Postaram się jednak jak tylko będę mogła bo historia ciśnie mnie i próbuje wyjść ze mnie na światło dzienne :)