Rozdział IV
Listopad, 2007 rok
Zawsze lubiłam lekcję ze Storm, była z niej spoko
babka. Nie czepiała się, umiała wytłumaczyć i doradzić. Jednak lekcja w tym
dniu nie było tak spokojna jak zwykle. Jej idealną harmonię zakłóciła syrena
alarmowa, która zawyła złowrogo. Z początku sądziliśmy, że były to pewnie
ćwiczenia, jednak gdy na korytarzu
zobaczyłam kroczącego w naszą stronę Logana, który miał nietęgą minę wiedziałam
już, że nie jest za dobrze.
- Zabieram Nawojkę, Berenice, Bruca i Jonathana ze
sobą, resztę weź Ty i zabierz w to miejsce- Logan podał Storm kartkę, na której zapewne był jakiś adres.
- Co się dzieję i dokąd jedziemy?- Berenica nerwowo
spoglądała na Logana
- Wyjaśnię wam w drodze! – zeszliśmy do podziemnego
garażu. Logan ściskał w ręku kluczyki od maserati, tak, tego samego maserati…
- Cyclops Cię zabiję!- Logan tylko spojrzał na mnie
i przez chwilę jego poważna miła rozchmurzyła się wyrażając jedynie „ proszę!
Mnie?”
Obraliśmy kierunek na Nowy Jork, po 15 minutach
ciszy nie wytrzymałam już- No powiedz nam w końcu co się dzieję!
Logan chwilę marszczył gęste brwi, ale w końcu
zaczął- Magneto porwał jedną z naszych agentek- Rose, ma ona zdolność
odbierania mocy innym mutantom i wzmacniania prawie dziesięciokrotnie.
Podejrzewamy, że chce ją wykorzystać do zasilenia broni dalekiego rażenia…
-Więc dokąd my jedziemy !?- zerwała się Fenix-
musimy walczyć!
- Nie gorączkuj się tak, Profesor Xavier kazał Was
ukryć, musicie być bezpieczni, jesteście przyszłością x-menów a po za tym nie
jesteście jeszcze gotowi.- Widziałam jak twarz Fenixa robi się coraz bardziej
rozpalona, bałam się, że zaraz wywoła niekontrolowany pożar. Gdy chwyciłam go
za rękę jego obliczę nieco zelżało.
- Dokąd nas zabierasz?
- Do starego przyjaciela profesora, tam będziecie
bezpieczni.
- Czyli dokąd?- dopytywała coraz bardziej
spanikowana Berenika
- Do siedziby TARCZY…
Stanęliśmy w holu budynku, który mogę opisać dwoma
słowami: wszechobecny marmur i szkło. No dobra to więcej niż dwa słowa, ale
inaczej nie umiem tego opisać. To był zupełnie inny budynek niż nasza szkoła,
nowoczesny, przestronny, wręcz aż agrofobiczny. Logan podszedł do zgrabnej
blondynki zasiadającej w recepcji, a ta uśmiechnęła się podnosząc słuchawkę i
dając znać, że przybyliśmy. Nie wiedziałam czego możemy się spodziewać, mimo to
wewnętrznie czułam ogromne podekscytowanie. Miałam zupełnie inne odczucia niż
moi przyjaciele, Berenika bała się jak daleko może jeszcze posunąć się Magneto
. Fenix był wściekły, że traktują nas jak be dzieci, a John… John jak zawsze
nie nic wiedział i nie ogarniał sytuacji.
Po chwili podeszła do nas inna, ładna i zgrabna
młoda kobieta, by zaprowadzić nas w odpowiednie miejsce.
- Bera, spójrz, tu chyba tworzą klony samych fajnych
i zgrabnych lasek- Przyjaciółka jednak nie podłapała żartu i tylko blado się
uśmiechnęła. Weszliśmy do przeszklonej Sali gdzie czekał na nas czarnoskóry
mężczyzna w długim czarnym płaszczu i z przepaską na oczach.
- Witaj Nick- chłodno rzucił Wolverine
- Logan- kiwnął głowa z równie poważną miną
- Profesor dziękuję Ci za pomoc, nie wiemy jak długo
potrwa ta sytuacja, mam nadzieję, że nasi uczniowie nie przysporzą Ci kłopotów.
- Kłopoty to nasza specjalność- tym razem nowo
poznany mężczyzna zażartował z lekką ironią w głosie.
- Uważajcie na siebie dzieciaki, ja muszę już jechać,
potrzebują mnie…
- Logan Ty, też uważaj na siebie- powiedziałam
rozmiękczonym już głosem rzucając się na szyję przyjaciela i mocno go
ściskając.
- Mała to nie o mnie się powinnaś bać, tylko o to co
zostanie z tych złych- Logan puścił mnie i szybko ruszył w kierunku wyjścia.
- A więc witam w skromnych progach Tarczy, jestem
dyrektorem tej placówki i nazywam się Nicholas Fury. Nie martwcie się o swoich
towarzyszy, na pewno świetnie sobie poradzą. A teraz jeśli pozwolicie
oprowadzimy was po miejscach, które przez najbliższy czas staną się waszym
domem.
- Nawet Pan nie zapytał jak mamy na imię- odezwała
się w końcu Berenika.
- Ależ droga Berenico Dmitriuk to nie będzie
konieczne, znam każdego z was. Nie pozwolił bym przebywać tutaj ludziom o
których nic nie wiem. Poznajcie agentkę Susan, pokaże Wam wasze pokoje i
oprowadzi.
-A co z naszymi rzeczami? Nie mamy przy sobie
dosłownie nic- w końcu odezwał się John.
- Nie martwcie się, dotrą do was wieczorem-
przekazałam nam z pięknym uśmiechem na ustach przemiła agentka Susan, a ja ani
trochę nie zachodziłam w głowę, skąd oni do cholery mogą wiedzieć które są moje
rzeczy i co mi spakować. Miałam tylko głęboką nadzieję, że zabiorą mojego
laptopa, bo wieczorem jak co dzień pewnie zadzwoni mama, a jeśli kilka dni z rzędu
nie odbiorę będzie dość mocno spanikowana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz