wtorek, 24 maja 2016




Rozdział I
wrzesień, 2007 rok,

Instytut profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży w północno-wschodniej części Westchester County.

- Fenix! Rusz przystojne, leniwe dupsko bo znowu spóźnimy się do Cyclopsa i będziemy musieli zostać po zajęciach i wysłuchiwać jakie to ważne dla dobra drużyny by się nie spóźniać, ble, ble….
Fenix, wysoki, szczupły i dobrze zbudowany chłopak podszedł do wołającej go dziewczyny, Jego długie sięgające do łopatek dredy o kolorze soku marchewkowego podskakiwały rytmicznie z każdym krokiem. Miał zielone tęczówki oczu i niewyobrażalną ilość piegów na nosie i policzkach. Wyglądało to dość nietypowo, ale w żaden sposób nie odbierało mu uroku jaki niewątpliwie posiadał. – Nana, Darling przecież jest dopiero 7.31, mamy czas.
- Chyba sobie kpisz, minuta spóźnienia to godzina siedzenia, zapipeprzajmy ale już ! Rzuciła wysoka blond dziewczyna – Nana dalej!
Nana próbując dogonić nawołujących ją przyjaciół wypuściła z rak zeszyt z notatkami, które rozpierzchły się na szerokości całego korytarza.- Hmm, złośliwość rzeczy martwych, uchh….
Do klasy wbiegła zdyszana trójka, licząc, że być może dzisiaj jest ten dzień, gdy uda im się, gdy fortuna uśmiechnie się do nich, jednak po raz kolejny okazała się niemiłosierną suką. Cyclops stał oparty o biurko stukając w tarczę zegarka, drogiego z resztą zegarka. Lubił gadżety i to nie tanie. Samochody, zegarki, najnowszy sprzęt komunikacyjny. Nawet jego dziewczyna, doktor Jean Grey była najlepszą laską wśród wykładowców. Nie ma się czemu dziwić, kto pracował dla profesora Xawiera nie musiał się zbytnio martwić o wikt i opierunek.
- Nawojka, Berenika, Bruce. Wiecie, nie dziwi mnie wasze spóźnienie. Dziwi mnie, że  Jonathan jest już w klasie.- nauczyciel skierował wzrok na czarnoskórego chłopaka siedzącego w przedostatniej ławce i szczerzącego w wielkiej radości nienagannie białe i proste zęby
- Dzisiaj wymyśliłem dla was coś, co może w końcu wleje wam trochę oleju do głowy i pozwoli zrozumieć, że organizacja czasu i dyscyplina nie są moim osobistym wymysłem, tylko czymś, z czym x-men się nigdy nie rozstaje. Zabieram was po lekcjach do muzeum Kapitana Ameryki…
- Haha, chyba Pan żartuję!- rzucił, swawolnie, zbyt swawolnie Fenix, jednak ucichł pod ciężarem tęgiej miny wykładowcy. Z tyłu klasy dało się słyszeć tłumiony śmiech Jona.
- Jonathanie wiem jak bardzo jesteś zżyty z przyjaciółmi, dlatego również możesz do Nas dołączyć- powiedział z ironicznym uśmiechem Cyclops -  A teraz proszę siadajcie już bo straciliśmy cenne 8 minut lekcji. – Pięknie, po prostu wspaniale, jest cudowna, majowa pogoda, wszystko w koło kwitnie, zieleni się a my będziemy gnić w jakimś zatęchłym muzeum i oglądać figury woskowe stu letnich już dzisiaj dziadków- pomyślała głęboko w sobie Nana. Właściwie Nawojka Nowak, bo tak brzmiało jej polskie imię i nazwisko. 
Nie była w szkole jedyną cudzoziemką,  prawie każdy pochodził z innego zakątka Świata. Nikogo to nie dziwiło i nikt nie czuł się przez to gorszy. Wszyscy wiedzieli, że pochodzenie, wyznanie, lub kolor skóry to najmniejsze ich zmartwienie przez które mogli spotkać się z nietolerancją. Byli mutantami, a tego ludzie bali się najbardziej. Bali bo wiedzieli, że przewyższa to ich percepcje życia w zbudowanej przez nich rzeczywistości.
Czwórka przyjaciół po zajęciach czekała już na holu głównym, aż wspaniały nauczyciel zabierze ich na najlepszą wycieczkę życia. Mieli już na dzisiaj inne plany, chcieli pójść do parku poopalać się, powygłupiać, robić to co robią młodzi ludzie mając naście lat. Największe obawy wzbudzało w nich chyba to, że w muzeum może ktoś na nich patrzeć pogardliwy wzrokiem. Mimo, iż każdy z nich wyglądał jak przeciętny nastolatek to jednak narastała w nich ta obawa, jakby wszyscy wiedzieli, że oni to oni. Największy problem miał z tym Fenix. W dzieciństwie, gdy jeszcze nie umiał panować na swoimi mocami i przez przypadek podpalał wszystko w kolo był mocno prześladowany przez otoczenie. Miał przez to głęboką niechęć do zwykłych ludzi. 
Berenika, Ukrainka z pochodzenia nosiła okulary korekcyjne, jednak nie były to zwykłe okulary. Miały one pomagać Berenice normalnie postrzegać otoczenie. Bez nich Berenika prześwietlała by wszystko i wszystkich na wylot. Coś jak prześwietlenie rentgenowskie. John za to potrafił się przystosowywać i zmieniać strukturę swojego ciała, na przykład jego skóra mogła stać się  twarda jak głaz. Nana za to umiała panować nad żywiołami, ale pod warunkiem, że były w zasięgu jej ciała. Najbardziej lubiła wywoływać małe trzęsienia ziemi, które bywały pożyteczne by móc uniknąć klasówki i ewakuować do schronu całą szkołę. Potem jednak poznali, że to ona jest przyczyną wstrząsów i miała kategoryczny zakaz takich numerów.
W sumie od pewnego czasu przestali czuć, że społeczeństwo ich nienawidzi. Odkąd pojawili się Avengers, którzy ratowali Nowy Jork przed wielką rozpieruchą jaką rozpętał narcystyczny bóg Loki zupełnie inaczej postrzegano odmieńców. Oczywiście większość z Mścicieli nie było mutantami, jedynie Czarna Wdowa i Kapitan Ameryka, którego muzeum mieli dzisiaj odwiedzić.  –Po jakiego grzyba my tam jedziemy, podziwiać wzór cnót i praworządności i jednocześnie wielkiego celebrytę, pff- zakpił Fenix.
Nagle Nana spięła się w sobie wyczuwając znany jej zapach, zapach, który mógł zwiastować tylko jedno. – Logan ! – krzyknęła odwracając się i podbiegając do rosłego mężczyzny. Rzuciła się mu na tors oczekując, że zostanie złapana w mocnych objęciach przybysza. Nie myliła się. Logan mocno ją uściskał, wyjął cygaro z ust i rzucił luźne – Cześć mała. Był  dla niej jak przyjaciel, to on ją tutaj przywiózł, przez jakiś czas nawet uczył walki wręcz oraz posługiwania się bronią białą. Odszedł jednak około trzech lat temu na swoją osobistą misję. Nana jednak uważała, że był inny powód, mianowicie Jean. Tak, ta sama Jean, dziewczyna Cyclopsa, w której zadurzył się Volverine, jednak ona wybrała związek z Cylopsem.
- Tutaj nie wolno palić Logan, jaki przykład dajesz naszym uczniom…-  zza drzwi gabinetu wyłonił się nasz ukochany wykładowca, a tuż za nim pojawiła się Jean- Witaj Cyclops, jak zawsze niezwykle miło i czule mnie witasz- uśmiechnął się szyderczo Logan
- Witaj Jean- Ona tylko kiwnęła głową i posłała mu swój uroczy uśmiech.


***

Jak widzicie zmieniłam narracje i wydaje mi się, że jest lepiej. Co Wy o tym sądzicie? Pytam całkiem nieśmiało, przepełniona strachem i obawami "czy ktoś to w ogóle przeczyta ... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz